Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 270 015 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Bunt młodych XX wieku. Powstanie i działalność Obozu Narodowo- Radykalnego w kwietniu 1934

środa, 19 maja 2010 14:12
Bunt młodych XX wieku. Powstanie i działalność Obozu Narodowo- Radykalnego w kwietniu 1934
Na początku badania historii każdej organizacji należy zadać sobie pytanie - jaka idea przyświecała osobom, które ją stworzyły? Co chcieli zmienić ludzie powołujący ją do życia? Czego chcieli dokonać? Gdyby nie idee, nie byłoby potrzeby tworzenia. Nie inaczej jest również i w tym przypadku, kiedy chcemy w ramach danej organizacji dokonać "rozrachunku ze współczesnością" - zapytać o to, co pozostało z tradycji, do której się odwołujemy. Co więcej - dziś, kiedy zmieniły się realia, musimy częściej odpowiadać na pytania o własne cele i o własną tożsamość.

Idea stworzenia Obozu Narodowo-Radykalnego pojawiła się w momencie historycznym, który był przełomowy dla całej Europy (i nie tylko). Co więcej, jego niezwykły charakter możemy ocenić nie tylko z perspektywy historycznej - twórcy Ruchu Narodowego również doskonale go pojmowali. Po I wojnie światowej, będącej szokiem dla współczesnych, cała Europa pełna była idei zaprowadzenia jakiegoś - starego lub nowego - ładu na gruzach powstałych w trakcie walk 1914-1918. Cały świat dotychczasowy odszedł w przeszłość, co wprowadziło poczucie niepewności u młodych ludzi wychowywanych w innym niż demokratyczno-liberalnym duchu. Stare instytucje polityczne straciły znaczenie, a zmęczona wojną większość chciała zyskać stabilizację na wartościach cywilizacji kupców i mieszczan. Młodym, pełnym zapału i wychowanym na lekturach opiewających dawne kanony wartości ludziom, ta nowa cywilizacja wydawała się nijaka, żadna.

Dlatego w całej Europie powstawać zaczęły ruchy i organizacje dążące do zmiany zaistniałej sytuacji, wprowadzeniu porządku na miejsce zrelatywizowanego i nieuporządkowanego świata demokracji. Wracać zaczęły elementy wodzostwa, hierarchii, mistycyzmu i innych elementów miejscami mocno wyidealizowanej tradycji. To na tej fali wyrosły takie ruchy jak rumuński Legion św. Michała Archanioła, belgijski Rex czy też hiszpańska Falanga. W ten nurt też wpisywał się w okresie międzywojennym Obóz Narodowo-Radykalny. Mimo różnicujących te ruchy konkretnych uwarunkowań politycznych, we wszystkich wyróżnić możemy te same akcenty, stawiane na przeciw demokracji, ekonomizmu, materializmu, indywidualizmu, sekularyzmu, odwrót w kierunku takich pojęć jak wspólnota, państwo, naród czy też w stronę wiary chrześcijańskiej.

Należy w tym miejscu zapytać - na ile podobna jest dzisiejsza sytuacja do tej sprzed lat? Możemy wskazać wiele punktów stycznych pomiędzy sytuacją historyczną i współczesną, a ogromna liczba zjawisk, wobec których swój sprzeciw wyrażali twórcy ONR (a następnie RNR "Falanga" i inne) osiągnęła dzisiaj skalę, której oni nigdy nie doświadczyli. Nie chodzi już nawet być może o sam instytucjonalny kształt współczesnego państwa polskiego, ale o stan kultury i ducha narodowego. Odpowiedź na postawione na początku pytanie jest wobec tego jednoznaczna: tak, idee są wciąż aktualne, a współczesny ONR może się do nich z całą odpowiedzialnością odwoływać w swoim sprzeciwie wobec współczesnego świata.

Ale nie uciekamy tym samym przed pytaniami następnymi: czy pozostało coś autentycznego, co można jeszcze ocalić, czy trzeba wszystko budować na nowo? Jeżeli tak, to jakimi środkami? Stan ducha ludzkiego zmienił się od czasów I wojny światowej niepomiernie, podążając za coraz szybszymi zmianami społeczno-gospodarczymi. Czy więc można zastosować sposoby reakcji takie jak stosowano wówczas?

I tak każdy ruch staje w pewnej chwili przed wyborem pomiędzy bezkompromisową i skazaną wobec nowych realiów na porażkę walką a akceptacją części tego, czemu się sprzeciwia w celu zachowania choć niewielkiej części tego co wartościowe. I nie jest wcale kwestią jednoznaczną ocena każdej z dróg. Przeciwnicy jakiegokolwiek kompromisu ze „zmianą czasu" do dziś niekoniecznie odrzucają w całości działalności Stowarzyszenia PAX, zauważając, że dzięki niemu możliwe było przenikanie pięknych idei do kultury narodu znajdującego się pod rządami bolszewickiej dyktatury.

Jak jednak miałaby ta droga wyglądać dzisiaj? Akceptacja struktur i reguł demokratycznych, wspieranie władzy w zamian za zezwolenie na działalność, wchłanianie kolejnych elementów promowanego postępu aby przemycić w jego obszar treści antypostępowe - nawet dla zwolenników taktyki Bolesława Piaseckiego przerzucenie jej na realia współczesne wydawałoby się zbyt daleko idące i prowadzące do śmierci prawdziwych idei. Z drugiej strony zdecydowany opór przed siłą zmian, jakie dokonują się obecnie - nie za sprawą „konieczności historycznej" lecz działalności konkretnych ludzi pracujących nad przemianą mentalności człowieka współczesnego - również skończyć się musi z wielkim prawdopodobieństwem tragicznie. Nie ma dobrej drogi.

Ta patowa sytuacja jednak nie potrwa w nieskończoność. Świat pogrążony w bałaganie prędzej czy później obróci się w ruinę, nie tylko kulturalną - jak to jest obecnie - lecz również polityczną. Obecna sytuacja jest czekaniem na to, aż współczesny świat obróci się w gruzy, gdyż jedynie na gruzach będzie możliwe budowanie czegokolwiek. W środkach nie należy ani uparcie naśladować wzorców sprzed lat, ani też podążać ślepo za zmieniającą się rzeczywistością społeczną - należy je zdecydowanie odrzucić. Ważne jest by być gotowym na ten właśnie moment, kiedy znów środki zaczną odgrywać rolę. Historia być może zatoczy koło i jutro okaże się lepsze i bardziej wyraziste niż dziś.

A. ONR Dolny Śląsk


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Zgrupowanie Oddziałów Narodowych Sił Zbrojnych „Bartek"

wtorek, 06 kwietnia 2010 8:12
ZO NSZ „Bartek" było zbrojną formacją partyzancką o charakterze antykomunistycznym podporządkowaną VII Okręgowi Narodowych Sił Zbrojnych.
W latach 1945-1947 ZO NSZ „Bartek" swoją działalnością skutecznie destabilizowało i paraliżowało proces wprowadzania „władzy ludowej" na terenach Śląska Cieszyńskiego i zachodniej Małopolski.

Działalność ZO NSZ „Bartek" nierozerwalnie łączy się z osobą Henryka Flame (1918-1947).
Henryk Flame był przedwojennym harcerzem, instruktorem narciarskim, podoficerem lotnictwa.
W kampanii wrześniowej walczył w 123 eskadrze myśliwskiej w elitarnej Brygadzie Pościgowej broniącej nieba nad Warszawą.
W okresie okupacji niemieckiej założyciel i komendant lokalnej organizacji dywersyjno-sabotażowej o kryptonimie H.A.K. podporządkowanej Armii Krajowej.
Zagrożony dekonspiracją, na przełomie 1943/1944 uciekł do lasu przyłączając się do oddziału leśnego AK, przyjmując pseudonim „Grot".
W pierwszej połowie 1944 roku oddział rozpadł się na dwa niezależne oddziały, komendę jednego z nich objął Flame.
Grupa „Grota" zachowała organizacyjną samodzielność wykonując akcje aprowizacyjne i represyjne na miejscowych volksdeutschach. Oddział „Grota" w szczytowym okresie działalności liczył sobie około 15 partyzantów.
W październiku 1944 roku oddziałem Flamego zainteresowali się przedstawiciele Komendy Okręgu Krakowskiego NSZ, kpt. Franciszek Wąs ps. „Warmiński", szef wydziału I organizacyjnego i kpt. Jerzy Wojciechowski „Om" przeznaczony do obięcia funkcji szefa PAS na nowym terenie.
Obaj oficerowie wyjechali na Śląsk Cieszyński z misją utworzenia na tych terenach nowego okręgu NSZ. Grupa „Grota" w pełni podporządkowała się władzom NSZ i już 28 października większość partyzantów „Grota" została zaprzysiężona na żołnierzy tej formacji.

W planach NSZ oddział Flamego miał zostać przekształcony w elitarne, kadrowe drużyny Pogotowia Akcji Specjalnej wykonując ściśle zaplanowane przez lokalną Komendę Okręgu NSZ akcje o charakterze aprowizacyjnym, sabotażowo-dywersyjnym i akcje likwidacyjne gorliwych funkcjonariuszy nowej władzy.
Gdy na początku roku 1945 na Śląsku Cieszyńskim toczyły się walki frontowe, oddział „Grota", na rozkaz zwierzchników z NSZ, atakował wycofujących się Niemców, zdobywając na nich broń i zaopatrzenie, niezbędne do kontynuowania walki z nowym okupantem.
12 lutego 1945 roku wojska Armii Czerwonej wkroczyły do Czechowic-Dziedzic wyzwalając z pod okupacji niemieckiej obszary będące terenem operacyjnym oddziału Flamego.

W nowej rzeczywistości, Kierownictwo NSZ wykorzystując fakt formowania się dopiero „władzy ludowej" na „wyzwolonych" trenach, skierowało grupę Flamego do zorganizowania posterunku Milicji Obywatelskiej w Czechowicach-Dziedzicach.
W ten sposób NSZ zamierzało zinfiltrować i zdezorganizować od wewnątrz narzuconą przez ZSRR władzę.
Henryk Flame był komendantem I Komisariatu MO w Czechowicach-Dziedzicach od 12 lutego do początku maja 1945 roku.
W okresie tym podległy Flame Komisariat w pełni obsadzony został zaufanymi ludźmi. Gromadzona była broń i inne środki potrzebne do zbrojnego wystąpienia przeciw komunistom, jak również Flame z podległymi sobie ludźmi destabilizował pracę instalowania „nowej władzy" na terenie działalności Komisariatu.
Z początkiem maja 1945 roku, na rozkaz dowództwa NSZ, Flame ze swoimi ludźmi z Komisariatu z MO, w obliczu dekonspiracji, ewakuował się w pobliskie góry.
W tym czasie w pobliskich Katowicach została powołana do życia nowa struktura terenowa NSZ, Okręg Śląsko-Cieszyński, który otrzymał numer siódmy.
W nowej strukturze 30 osobowy oddział Flamego, który przyjął pseudonim „Bartek", stał się główną siłą zbrojną Okręgu a jednocześnie zalążkiem planowanych, kadrowych drużyn Pogotowia Akcji Specjalnej (PAS). Z ramienia VII Okręgu szefem PAS został doświadczony oficer NSZ Jerzy Wojciechowski „Om" „Jerzy" (1909 - 1949), który stał się jednocześnie bezpośrednim przełożonym „Bartka".

Po ewakuacji z posterunku MO na początku maja 1945 roku grupa „Bartka" (6 osób) udała się do Górnego Lasu (obecnie dzielnica Czechowic-Dziedzic) gdzie połączyła się z lokalnymi sympatykami NSZ w liczbie około 20 miejscowych chłopców. W ten sposób powstał 30 osobowy oddział, który Flame podzielił na dwa pododdziały.
Nad jednym objął dowództwo osobiście (10 os.) a drugi oddał pod dowództwo Jana Przwoźnika ps. „Ryś" (1923 - 1946), osobistego przyjaciela i powiernika.
Do końca września oba oddziały operowały samodzielnie, jednak z początkiem października Flame zarządził ogólną koncentrację na Baraniej Górze, najwyższym, mocno zalesionym i niedostępnym masywie górskim Beskidu Śląskiego. Tam, w jednym ze schronisk położonych na zboczu Baraniej Góry, zgromadziło się około 40 partyzantów, stanowiących kadrę przyszłego zgrupowania, których „Bartek" postanowił podzielić na kilka mniejszych oddziałów, przyszłych drużyn PAS według zaleceń Jerzego Wojciechowskiego, bezpośredniego przełożonego „Bartka" z dowództwa VII Okręgu NSZ.
Flame podjął kluczowe dla dalszej działalności zbrojnej decyzje, które zaowocowały utworzeniem w niedalekiej przyszłości, wbrew decyzjom Komendy NSZ, największego na Śląsku Zgrupowania Oddziałów.
W wyniku posunięć kadrowych powstało pięć drużyn bojowych tzw. bojówek liczących sobie przeciętnie 5 żołnierzy.
Były to małe a przez to mobilne i łatwe w aprowizacji pododdziały, które swoim zasięgiem objęły teren północnej części Śląska Cieszyńskiego.
Sam „Bartek" objął dowództwo główne i powołał sztab, który przedstawiał się następująco:
Henryk Flame ps. „Bartek" - dowódca
Jan Przewoźnik ps. „Ryś" - zastępca dowódcy
Józef Madej ps. „Sęp" - odpowiedzialny za PAS
Ferdynand Wiśniowski ps. „Ferdek" - rezydent Wojciechowskiego

Stałą bazą Sztabu stał się masyw Baraniej Góry na którego gęsto
Stałą bazą Sztabu stał się masyw Baraniej Góry na którego gęsto zalesionych zboczach wybudowano zamaskowane szałasy i ziemianki.
Kadra korzystała również ze schronisk, położonych w masywie Baraniej Góry, których właściciele ściśle współpracowali z „Bartkiem"
Sztab, za sprawą łączników, miał stały kontakt z Jerzym Wojciechowskim ps. „Om", który rezydował w Bielsku-Białej i koordynował poczynania „Bartka" z ramienia VII Okręgu NSZ z siedzibą w Katowicach.
Kurierzy VII Okręgu utrzymywali również stałą łączność z zagranicznymi ośrodkami NSZ w Monachium, z dowództwem Brygady Świętokrzyskiej i w Regensburgu, z Kierownictwem Organizacji Polskiej, sprawującym faktyczne zwierzchnictwo nad NSZ.

Początkowy okres od maja 1945 do października 1945 był czasem operowania 20 osobowego oddziału pod dowództwem Jana Przewoźnika „Rysia".
Jego celem było przede wszystkim zdobycie broni i amunicji na uzbrojenie kolejnych partyzantów. Stąd też wykonywano starannie zaplanowane akcje na gminne posterunki MO i placówki UB zwane w nomenklaturze partyzanckiej „rozbiciem" czyli opanowaniem posterunku zwykle poprzedzone wywiadem nastawionym głównie na liczebność załogi, wówczas, zwykle nocą, większy liczebnie oddział partyzancki głównie poprzez podstęp i zaskoczenie starał się wejść do budynku i rozbroić znajdujących się w nim funkcjonariuszy, dzięki czemu unikano zwykle strzelaniny i niepotrzebnych ofiar.
Pierwszą akcją było rozbicie posterunku MO i placówki UB w Zabrzegu przez oddział dowodzony przez Jana Przewoźnika „Rysia" 13 maja 1945 roku, padł wówczas zabity gminny referent UB Stanisław Markiel.
Była to pierwsza ofiara rozpoczynających dopiero działalność oddziałów NSZ na Śląsku Cieszyńskim. Trzeba wspomnieć że była to ofiara przypadkowa, referent UB zaskoczył bowiem partyzantów i pierwszy wyciągnął broń. Celem akcji było zdobycie broni i amunicji. Kolejne akcje miały podobny charakter i miały na celu główni dozbrojenie partyzantów.
Najbardziej spektakularną akcją, która przyniosła największą zdobycz było w omawianym okresie rozbrojenie magazynów Rejonowej Komisji Uzupełnień w Pszczynie przez tamtejszą drużynę PAS, co nastąpiło 17 lipca 1945. Wówczas łupem grupy NSZ padło 15 karabinów, 1 ręczny karabin maszynowy i dwie skrzynie amunicji.
Całość trafiła wkrótce na Baranią Górę.
Ze wszystkich tych akcji partyzanci przynosili Bartkowi broń i amunicję dzięki czemu na październikowej koncentracji mógł dowódca dobrze uzbroić swoich podkomendnych, których miał wówczas pod swoimi rozkazami około 40.

Kolejny kluczowy okres w działalności grup NSZ rozpoczął się z chwilą zejścia w doliny 5 drużyn bojowych ostrzelanych już partyzantów, których teren operacyjny obejmował północno zachodnią część Śląska Cieszyńskiego.
Zadaniem grup było dalsze dozbrojenie jak również aprowizacja polegająca na rekwirowaniu towarów spożywczych, funduszy jak i żywego inwentarza potrzebnego na przetrwanie zbliżającej się zimy, która w rejonach górskich masywu Baraniej Góry zaczynała się już w listopadzie.
Należy podkreślić, że tego typu rekwizycje były przeprowadzane wyłącznie wśród gospodarzy sprzyjających komunistom, członkach Polskiej Partii Robotniczej (PPR) lub byłych volksdeutschach oraz spółdzielniach i gospodarstwach administrowanych przez władzę.
Każdy pobrany przez partyzantów towar był kwitowany odpowiednim zaświadczeniem podpisywanym przez grupowego.
Zaświadczenia o konfiskacie towarów na rzecz organizacji Narodowe Siły Zbrojne wydawali wszyscy grupowi podlegli „Bartkowi", przy czym zawsze rekwirowano towar niezbędny grupie do przetrwania.
Całość skonfiskowanych towarów przekazywano „Bartkowi" i dopiero on rozdzielał go między grupy według potrzeb.
Każde nadużycie, jak zatajenie zarekwirowanych towarów przed „Bartkiem", konfiskata rzeczy zbędnych czy nie wydanie zaświadczenia za zabrany towar było traktowane przez przełożonych jako kradzież i surowo karane.

W październiku podporządkował się Bartkowi działający do tej pory samodzielnie oddział partyzancki dowodzony przez Antoniego Bieguna „Sztubaka", operujący na pograniczu Śląska Cieszyńskiego i Zachodniej Małopolski z kwaterami w górach Beskidu Żywieckiego.
Liczący sobie ponad 40 dobrze uzbrojonych partyzantów „Sztubak" zachował jednak względną samodzielność co objawiało się choć by w oficjalnej nazwie jego grupy: Samodzielny Oddział im „Szarego".
W ten sposób na przełomie października i listopada 1945 roku Bartek miał pod swoimi rozkazami przeszło 150 partyzantów zorganizowanych w 6 grupach bojowych kontrolujących wsie i miasteczka położone w dolinach Beskidu Śląskiego i Żywieckiego.
Ten niekontrolowany napływ partyzantów do grup podporządkowanych Bartkowi, które zamiast stać się małymi drużynami PAS rozrosły się w 20-30 osobowe oddziały, kłóciły się z koncepcją dowództwa NSZ, które dążyło do tzw. rozładowania lasów.

Tak duża liczba partyzantów na małym stosunkowo obszarze wzbudziła szczególną uwagę lokalnych władz bezpieczeństwa, które z początkiem listopada rozpoczęły regularne obławy na partyzantów.
Pierwszym ich sukcesem było ujęcie w pierwszych dniach listopada członków grupy bojowej pod dowództwem Rudolfa Niesytko „Ignaca".
Od tego czasu specjalnie tworzone improwizowane grupy operacyjne połączonych sił UB, MO i KBW rozpoczęły swoją działalność.
Na szczęście był to już okres zimowy i Bartek postanowił większość partyzantów rozpuścić na kwatery położone w dolinach, zostawiając jedynie nielicznych pod bronią w niedostępnych masywach górskich.
W tym czasie siły rządowe nie miały szans na zinfiltrowanie środowiska w którym przebywali partyzanci.

Było to szczególne środowisko.
Śląsk Cieszyński był historyczną wspólnotą łączącą swoich mieszkańców, twardych górali, tzw. „tutejszych", których okupant na siłę chciał wcielić do narodu niemieckiego nadając odgórnie, urzędowo obywatelstwo III kategorii, a przybyli na ich miejsce komuniści postanowili zniszczyć ich tożsamość i kulturę unifikując z resztą kraju, znosząc historyczną nazwę Śląsk Cieszyński a na jej miejsce wprowadzając sztuczną i obcą nazwę Podbeskidzie.
Nauczeni doświadczeniem „tutejsi" byli nieufni w stosunku do „obcych" za których uważali komunistów.
Tworzyli zamknięty krąg w którym żyli.
Właśnie z takich nieufnych, zamkniętych w sobie górali rekrutowali się partyzanci „Bartka", mający w każdej wsi oparcie, bo byli u siebie.
Całe rodziny zaangażowane były w działalność partyzantów.
Bracia i mężowie byli w „lesie", siostry i żony pełniły funkcję łączniczek a rodzice kwaterowali żołnierzy NSZ.
Taki układ zapewniał w najwyższym stopniu bezpieczeństwo tworząc zamknięty krąg niedostępny obcym.
Można śmiało powiedzieć, że rodzinne więzy łączyły partyzantów ze społeczeństwem i zapewniały im przetrwanie.

Ze względów bezpieczeństwa grupy NSZ operowały przeważnie nocą i w razie przypadkowego spotkania z inną grupą w celu uniknięcia nieporozumień było podawane hasło: „pat" i pseudonim grupowego, odzewem było hasło „patachon".
Hasła te były kilkukrotnie zmieniane przy kolejnych koncentracjach.
W terenie grupowi posługiwali się gwizdkami, wygrywając na nich melodię: „Bo w partyzantce nie jest źle", odpowiedzią była melodia „nie szumcie wierzby nam".
W ten sposób obcy zawsze był wykrywany.

Sam Bartek nie podawał swoim podwładnym miejsca aktualnego obozowania w obawie przed ewentualną wsypą co jakiś czas zmieniając miejsce zakwaterowanie na zboczach Baraniej Góry, których miał kilka.
Okres zimowania rozpoczął się już w listopadzie 1945 roku a zakończył dopiero w kwietniu roku następnego.
Był to z jednej strony okres zmniejszonej do niezbędnego minimum akcji partyzanckiej, jednak z drugiej strony był to czas wytężonej pracy organizacyjnej, werbunkowej i szkoleniowej. Bartek chciał żeby na wiosnę do walki z komunistami weszła sprawnie działająca wojskowa struktura. Przed rozpuszczeniem swoich ludzi na zimowe kwatery nakazał grupowym na zwiększenie stanów osobowych i położenie nacisku na szkolenie, zwłaszcza w zakresie obsługi bronią.
Zdecydowana większość partyzantów byli to młodzi 17-20 letni chłopcy, którzy wcześniej nie mieli styczności z bronią a tym bardziej z regularnym wojskiem.
W większości przypadków decydowali się na partyzantkę ponieważ nie załapali się na walkę z okupantem niemieckim gdyż byli wówczas za młodzi i właśnie teraz chcieli sobie powetować tą stratę.
Były to często tragiczne wybory.
Paradoksalnie w pierwszych miesiącach działalności więcej partyzantów zginęła w wyniku postrzału z własnej lub kolegi broni w trakcie nieumiejętnego obchodzenia się z nią niż w wyniku starć z siłami rządowymi.
Dlatego też Bartek, przedwojenny podoficer, przede wszystkim postanowił wpoić swoim podkomendnym wojskową dyscyplinę i wyszkolenie. Również wygląd zewnętrzny grał bardzo ważną rolę.
Bartek postanowił umundurować swoich partyzantów, żeby wyglądali jak regularne wojsko. Szczególnym wzięciem cieszyły się mundury pochodzące z Armii Andersa, które partyzanci Bartka rekwirowali u repatriantów z Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.

Bartek dopiął swego i wkrótce umundurowanie przeciętnego partyzanta przedstawiało się następująco:
Kurtka wzoru angielskiego, na lewym ramieniu Orzeł Biały na czerwonym tle z koroną, powyżej napis NSZ, poniżej naszywki Orła znajdowała się wyszyta nazwa grupy np. „Śmiertelnych" lub „Burza", na lewym naramienniku naszyta była czarna plakietka, co oznaczało przynależność do grupy wypadowej na doliny.
Następnie patki czarne na których wyszyta była zielona choinka co symbolizowało że partyzanci są leśnym wojskiem.
Na lewej piersi lub na szyi partyzanci nosili ryngraf z Matką Boską z Orłem Polskim z koroną (ryngrafy były dostarczane Bartkowi przez specjalnych kurierów, którzy udawali się jako pielgrzymi na Jasną Górę, ryngrafy były wręczane każdemu partyzantowi po przysiędze złożonej na wierność NSZ). Noszone były dystynkcje wojskowe. Spodnie były długie, częściowo bryczesy, na głowie partyzanci nosili czapki polówki lub angielskie czarne berety.

Z początkiem kwietnia 1946 roku, gdy grupowi przybyli ze swymi partyzantami w umówione górskie kwatery, Bartek z satysfakcją odnotował w niektórych oddziałach wzrost liczbowy nawet o 100 % oraz kompletne umundurowanie i uzbrojenie żołnierzy, które u przeciętnego partyzanta składało się na broń krótką, zwykle systemu TT lub Parabelum oraz karabin maszynowy zwykle rosyjska PPSZ oraz granat produkcji rosyjskiej.

W górskich kwaterach rozciągających się od Beskidu Śląskiego po Beskid Żywiecki zgromadziło się w sumie około 300 partyzantów zorganizowanych w 9 dużych oddziałach podzielonych na sekcje odpowiadające drużynom w tym elitarny 15 osobowy pluton „Śmiertelnych" dowodzony przez niespełna 20 letniego Zdzisława Kraus ps „Andrus", który specjalizował się w wykonywaniu wyroków śmierci, 40 osobowa kompania „Burza" a także pluton wartowniczy „Bartka" stale kwaterujący w masywie Baraniej Góry strzegąc obozowiska Kwatery Głównej Bartka w której przebywał sztab oraz służby kwatermistrzowskie, kucharze, łącznicy, pomoc medyczna a także kapelan zgrupowania ks. Rudolf Marszałek ps. „Opoka", w sumie 47 osób.

Największym liczebnie oddziałem pozostawał nadal Samodzielny Oddział im. „Szarego" liczący sobie 60 partyzantów.
Do sztabu dokooptowano Józefa Kołodzieja ps „Wichura", byłego grupowego, który w stopniu porucznika został szefem propagandy i informacji zgrupowania, redagując antyrządowe ulotki i grafiki, rozprowadzane później przy okazji referendum z 30 czerwca 1946.
Tak znaczny sukces organizacyjny skłonił Bartka do zademonstrowania władzy ludowej swojej siły.
W dniach 1-3 maja 1946 zarządził koncentrację wszystkich oddziałów w jednym ze swoich obozowisk nieopodal schroniska powyżej Wisły.
Zgromadzili się tam wszyscy dowódcy grup i ponad 200 partyzantów.

Najważniejszym elementem koncentracji i jej podsumowaniem była zarządzona na dzień 3 maja defilada przez centrum Wisły ponad 70 partyzantów których na centralnym placu miasteczka przyjął sam Bartek wygłaszając patriotyczną przemowę.
Pozostali partyzanci w tym cały 60 osobowy oddział Sztubaka stanowili ubezpieczenie na drogach prowadzących do Wisły.
Była to sprawnie przeprowadzona na wzór wojskowy operacja, która na kilka godzin odcięła od świata znany kurort wypoczynkowy.
W tym czasie miejscowy posterunek MO został od wewnątrz zabarykadowany przez wystraszonych funkcjonariuszy
Kolejna koncentracja była zarządzona na dzień 15 sierpnia 1946 roku również na stokach Baraniej Góry i związana była z przyjazdem z Monachium kuriera NSZ ks. Marszałka, który przywiózł Bartkowi nominację na kapitana a jego zastępcom na poruczników.
Wówczas powstał również pomysł przerzucenia partyzantów Bartka do strefy Anglosaskiej.

Był to już czas, gdy UB w pełni kontrolował kierownictwo VII Okręgu NSZ, któremu podlegał Bartek a także drogi przerzutowe na zachód, a niczego nieświadomy ks. Marszałek był narzędziem UB w grze operacyjnej mającej na celu dotarcie do Bartka a tym samym rozbicie jego zgrupowania. Jednak zanim to nastąpiło oddziały podporządkowane Bartkowi wprost paraliżowały władzę komunistyczną w regionie nie pozwalając na rozwój lokalnych struktur PPR.
Obok akcji aprowizacyjnych Bartek rozpoczął także akcje likwidacyjne.
Likwidowani byli wyłącznie funkcjonariusze UB i ich świadomi współpracownicy oraz członkowie PPR i ZWM.
Bartek zabronił likwidacji funkcjonariuszy MO twierdząc, że nie są oni świadomymi komunistami.
Każdy wyrok śmierci poprzedzał dokładny wywiad i dopiero gdy udowodniono bezsporną winę badanego wówczas rozkazem Bartka osoba taka była likwidowana.
Wyroki śmierci na rozkaz Bartka wykonywał gł. wspomniany już pluton „Śmiertelnych", który wykonał w sumie 10 takich wyroków.
Źródła komunistyczne podają, że w sumie ofiarą wyroków śmierci wydawanych przez Bartka lub jego grupowych padło ponad 60 osób.
Do liczby tej doliczono również ofiary przypadkowe, których nie można było uniknąć w napiętych sytuacjach a także 8 milicjantów którzy zostali rozstrzelani przez partyzantów w odwet za zabicie ich dowódcy Edwarda Biesioka „Edka" w dniu 13 maja 1946 roku w czasie obławy.

Siły bezpieczeństwa nie potrafiące dotrzymać partyzantom pola w walce bezpośredniej postanowiły rozbić go, infiltrując jego środowisko i wprowadzając zakonspirowanych agentów do jego struktur.
Kilkumiesięczna gra operacyjna UB której ofiarą już w październiku 1945 padło dowództwo VII Okręgu NSZ a w styczniu 1946 również drogi przerzutowe z centralą NSZ w Monachium i Regensburgu sprawiły, że Bartek i jego sztab zostali odcięci od swoich zwierzchników z NSZ i szczelnie otoczeni ubecką agenturą.
W sierpniu 1946 roku ostatni kurier z zachodu ks. Marszałek był pod pełną kontrolą UB i nieświadomie podsunął UB plan rozbicia zgrupowania pod pozorem przerzucenia go do strefy anglosaskiej.
W ten sposób rozpoczęła się właściwa faza rozpracowania i do gry wszedł główny architekt ubeckiej prowokacji Henryk Wendrowski ps. „Lawina" podający się za przedstawiciela władz NSZ.
Prowokacja miała na celu wywiezienie wszystkich partyzantów na placówki UB zlokalizowane na Opolszczyźnie i tam nieświadomych partyzantów miano fizycznie zlikwidować.

Prowokacja przeszła do historii pod nazwą Operacja Lawina.
W sumie w wywieziono i zlikwidowano co najmniej 167 partyzantów w trzech etapach między 5 a 25 września 1946 roku.
Miejsca kaźni partyzantów zlokalizowano w okolicach poniemieckiego lotniska pod Starym Grodkowem oraz na polanie Hubertus opodal wsi Barut oba miejsca na Opolszczyźnie.
Sam Bartek, mający udać się w czwartym, ostatnim transporcie, uniknął losu swoich podkomendnych w ostatniej chwili wstrzymując transport pod wpływem zeznań jedynego uratowanego partyzanta któremu udało się dotrzeć na Baranią Górę Andrzeja Bujaka ps. Jędrek.
Tragiczny finał operacji Lawina z końcem września 1946 roku zakończył najbardziej aktywny okres działalności zgrupowania, które zdziesiątkowane, przeszło do defensywy unikając coraz to skuteczniejszych obław UB.

Z początkiem października grupy podległe Bartkowi liczyły sobie już tylko około 70 partyzantów w tym większość z grupie Sztubaka, który do końca pozostał nieufny w stosunku do rzekomych wysłanników z zachodu i tym samym ocalił najwięcej podkomendnych.
Nie naruszony stan zachował również oddział ppor. Stanisława Kopika „Zemsty", który z grupą około 20 żołnierzy LWP zdezerterował z placówki wojskowej w Rajczy i przyłączył się do NSZ dopiero w sierpniu 1946 roku zachowując względną autonomię.
Do końca, działalność zgrupowania Bartka, którą otworzyła zarządzona na dzień 22 lutego 1947 roku amnestia, charakteryzowała się już tylko walką o przetrwanie, zwłaszcza, że partyzanci nie przygotowali się dostatecznie do zbliżającej się zimy, którą Flame z najbliższym otoczeniem spędził w obozowiskach Baraniej Góry.
Nawet w wigilię Bożego Narodzenia Bartek, w ogniu karabinów, musiał pośpiesznie opuszczać zajmowaną ziemiankę przed obławą sił rządowych.
22 lutego 1947 roku po konsultacji ze Sztubakiem Bartek dał swoim podkomendnym wolną rękę w ujawieniu się.
Sam ujawnił się 11 marca 1947 w Cieszynie.
Broni nie złożył Zemsta, który jeszcze do maja 1947 roku kontynuował walkę z komunistami. Po zdziesiątkowaniu jego oddziału przez mnożące się obławy UB nie widząc szans dalszej walki wyjechał na Ziemie Odzyskane, gdzie latem 1948 roku został aresztowany przez UB i zamordowany wypchnięty przez okno z 2 piętra budynku WUBP w Warszawie.

Sam dowódca zgrupowania Henryk Flame Bartek został zamordowany przez milicjanta Rudolfa Dadaka w dniu 1 grudnia 1947 roku.
Był to wynik kolejnej ubeckiej prowokacji.
W ten sposób władza ludowa po cichu likwidowała swoich przeciwników.
Jeszcze przez długie lata ocaleni w wyniku amnestii partyzanci Bartka byli więzieni pod byle pretekstem przez UB.

Ostatnimi epigonami zgrupowania Bartka byli Jan Filary ps Lis i Władysław Szczotka ps Orlik.
Osamotnieni, zaszczuci zostali zamordowani 24 listopada 1950 roku otoczeni przez Grupę Operacyjną UB w domu w Kamesznicy zdradzeni przez swojego kolegę, który okazał się agentem UB ps. „Celnik".

Piasecki ONR Opolszczyzna

Tekst został wygłoszony na konferencji "Moralni zwycięzcy - wyklęci żołnierze" 08.03.2010 w Lublinie


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Wandea - pamiętamy!

środa, 10 marca 2010 8:58
Dziś mija 217. rocznica powstania w obronie Wiary i Monarchii

Drodzy Czytelnicy!

Dziś wspominamy bohaterstwo mieszkańców Wandei, którzy nie zawahali się wystąpić przeciwko zbrodniczej Rewolucji. Warto zwrócić się wdzięczną myślą w stronę tych męczenników.

Z tej okazji prezentujemy tekst naszego redakcyjnego Poety - Tomasza J. Kostyły "Wandejskie opowieści":                
    http://www.konserwatyzm.pl/publicystyka.php/Artykul/5313/

i Jego znaną piosenkę "Wandea":           
    http://www.konserwatyzm.pl/multimedia.php/Utwor/3537/

Redakcja Portalu Myśli Konserwatywnej konserwatyzm.pl


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Pamięć o ofiarach to nasz obowiązek

środa, 10 marca 2010 8:37
Przed siedemdziesięcioma laty, dnia 5 marca 1940 roku, doszło do tragicznego w skutkach wydarzenia. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) wydało tajną decyzję, dotyczącą  zgładzenia wielu tysięcy obywateli Polski. Oczywiście rzeczą oczywistą jest fakt, że za tym wszystkim stał nie kto inny, jak jeden z największych zbrodniarzy wszechczasów, czyli Stalin.

Stalinowi najbardziej zależało na ostatecznym unieszkodliwieniu szczególnie kwiatu Polski, czyli wysokich rangą żołnierzy (do generałów włącznie), ale także polskich patriotów, urzędników państwowych, inteligencji,  lekarzy, nauczycieli etc.  Najogólniej rzecz ujmując, cała podła operacja miała na celu ułatwienie Stalinowi w terminie nieco późniejszym, opanowanie Polski, przez jego system. Jeńców wojennych oraz aresztowanych naszych rodaków z granic Polski, do sowieckiej Rosji, transportowano już we wrześniu 1939 roku, po tym, jak Stalin zaatakował z zaskoczenia naszą Ojczyznę. Ludzi  przetrzymywano w obozach m.in. w Kozielsku czy Ostaszkowie, ale także na terenach obecnej Białorusi czy Ukrainy.  Głównie wiosną roku 1940 więźniów transportowano na miejsca masowych (tysiące Polaków!) egzekucji, do Charkowa, Katynia czy Kalinina. Jednak Polaków mordowano także w innych miejscach, nawet w samych obozach, choć- rzecz jasna- nie tak masowo, jak we wspomnianych miejscach zbrodni. Egzekucja wyglądała, zawsze niemal identycznie... strzał w tył głowy przerywał marzenia, plany i kończył życie, które ofiara oddawała często za sam fakt bycia Polakiem, czyli przez Stalina „elementem niepożądanym, który nie nadaje się do naprawiania..." Ofiary grzebano w masowych mogiłach, w Charkowie, Miednoje, i samym Katyniu.

Strona polska, jeszcze w pierwszym okresie trwania II wojny światowej, czyniła usilne starania, by otrzymać od sowietów sygnały o losie zaginionych i aresztowanych Polaków, jednak pozostały one bez odpowiedzi. Aż ciężko sobie wyobrazić, co przeżywały wtedy rodziny, żony, matki i dzieci zaginionych. Tym jednak się nikt nie przejmował...

Mimo ścisłej tajemnicy całego „rozkazu" rzezi, już po trzech latach, od ludobójstwa, odkryto pierwsze masowe mogiły zamordowanych Polaków.  Pierwsze groby (według relacji) odkryli pracujący na tych terenach polscy robotnicy przymusowi,  którzy powiadomili o tym Niemców,  wtedy okupujących owe tereny. Jak na ironię, to właśnie  Niemcy (kolejny wróg...)  rozpoczęli ekshumację zwłok. To wtedy właśnie, po raz pierwszy użyto określenia „zbrodnia katyńska" i jest ono po dziś dzień najczęściej używanym terminem okrucieństwa, wyrządzonego Polsce, przez owych „przyjaciół sowieckich". To właśnie na tym polegała od zawsze rosyjska (sowiecka, komunistyczna...) „przyjaźń" do naszego Narodu. Warto o tym pamiętać i dziś...

Po zakończeniu wojny, podczas procesów norymberskich, sowieci próbowali zrzucić winę za masowe morderstwa Polaków, na nazistowskie Niemcy, jednak to absolutnie się nie udało. Jednak i sami sowieci uniknęli odpowiedzialności. Taka sytuacja trwała przez kolejne kilkadziesiąt lat, lat nadziei i wiary najbliższych, że ktoś z wywiezionych wróci... ale nie wrócił nigdy.

Dopiero na przełomie lat 1989-1990, gdy dni „imperium" komunistycznego, obłudnego tworu były policzone, sprawy zbrodni katyńskiej nabrały nowego biegu. Nieco później, a dokładnie dnia 14 października 1992 roku, ówczesny prezydent Rosji, skrajny alkoholik Borys Jelcyn ujawnił treść dokumentów sprawy katyńskiej, okazując je Lechowi Wałęsie. Nieco później odtajniono dużą część archiwów radzieckich, co zapoczątkowało dokładne badania mordu dokonanego na Polakach, Jak do tej pory buta Rosji nie pozwoliła na uznanie zbrodni katyńskiej, jako aktu ludobójstwa. I to mówi sporo...

Cała sprawa katyńska, oraz dziesiątki innych wydarzeń społeczno-politycznych między Polską a Rosją (w różnych postaciach...) z różnych lat, nie powinny pozostawiać nikomu  najmniejszych złudzeń, że Rosja naszym  „bratem" czy też „przyjacielem" nigdy nie była a i obecnie nie jest. Aż dziw bierze człowieka, jak widzi na ulicy frajerów, poubieranych w koszulki z sierpem i młotem, czy nadrukowanymi mordami sowieckich zbrodniarzy, którzy być może zamordowali kogoś z rodziny owego durnia, noszącego taką szmatę. Za to powinny być bardzo surowe kary i obyśmy doczekali takich czasów...

Obecnie szacuje się, że zamordowano sporo ponad 21 tysięcy Polaków, ale oczywiście dokładnej liczby nie poznamy nigdy.  Wiele mogił nigdy nie zostanie odkryte i zachowają one wszystkie mroczne tajemnice wydarzeń katyńskich. Zachowają też myśli, dusze, odwagę i bohaterskość wymordowanych Rodaków. Co obecnie możemy zrobić dla nich my? Bez wątpienia pamiętać i to nie- ot tak. W obecnych czasach elektroniki i komputeryzacji, coraz mniej osób zajmuje się tym, co było. A przecież w zbrodni katyńskiej ginęli też nasi przodkowie, ci, dzięki którym my możemy dzisiaj walczyć o swoje ideały. Należy czasami nieco zwolnić, pomyśleć jak to jest stać tyłem do luf karabinów zbrodniarzy i czekać na strzał... Cześć i chwała poległym!

P.

www.inicjatywa14.net


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Organizacja Toma - mroczna zagadka podziemia

poniedziałek, 08 marca 2010 8:42
Na wpół mityczna, osnuta gęstą zasłoną tajemnicy organizacja.
Dla komunistów jądro ciemności polskiego faszyzmu i koronny dowód kolaboracji z III Rzeszą.
Wstydliwie przemilczana na „zachodzie".
Ekspozytura wywiadów III Rzeszy, Wielkiej Brytanii, USA i Rządu Londyńskiego.
Nigdy do końca nie rozszyfrowana bo być może będąca jedynie wytworem wyobraźni jednego człowieka.
Szarej eminencji rozgrywek wywiadów, architekta przejścia na zachód Brygady Świętokrzyskiej, któremu Niemcy w czasie okupacji dali do dyspozycji samochód z szoferem, człowieka o wielu nazwiskach. Do historii przeszedł pod nazwiskiem Hubert Jura a od używanego przez niego pseudonimu wzięła nazwę „jego" organizacja.

Tożsamość
Hubert Jura alias Herbert Jung urodził się prawdopodobnie w roku 1915 na Pomorzu w Borach Tucholskich. Pochodził z mieszanej, polsko-niemieckiej rodziny. Twierdził, że przed wojną był podporucznikiem rezerwy w Wojsku Polskim. Pierwsze lata okupacji spędził na Pomorzu, stąd też historycy zajmujący się tym regionem zidentyfikowali Jurę jako Tadeusza Trepkę, żołnierza ZWZ-AK zwłaszcza, że obaj używali pseudonimu „Tom". Jak się okazuje, trop był fałszywy.
„Tom" z AK pozostał na Pomorzu, z kolei „nasz" „Tom" w roku 1942 nagle znalazł się w Warszawie i pod fałszywym nazwiskiem Tomasz Zan zaczął szukać kontaktów z antykomunistycznym podziemiem. Być może już wtedy, ten na wpół polak, pół Niemiec wykonywał dyrektywy swoich mocodawców skontaktowania się z tą częścią polskiego podziemia, której cel był zbieżny z Niemieckim czyli walka z komunizmem.
W roku 1943 udało mu się skontaktować się z Narodową Organizacją Wojskową (NOW) i podając się za przedwojennego oficera i dowódcę oddziału AK został przez kierownictwo organizacji wysłany na prowincję celem zorganizowania kierownictwa Akcji Specjalnej (AS). Począwszy od wiosny 1943 roku Hubert Jura występując jako por. „Tom" zaczął w Okręgu NOW IB Warszawa-powiaty (Okręg V kielecko-radomski NSZ) organizować oddział partyzancki.
Jako Kierownik AS Okręgu IB, por. „Tom", zorganizował jeden z pierwszych oddziałów partyzanckich, zgrupowanie „Sosna", który wkrótce stał się postrachem miejscowych komunistów.

W Akcji Specjalnej
Największy rozgłos przyniosła mu akcja likwidacji siedmioosobowego patrolu „Stacha" z oddziału partyzanckiego Gwardii Ludowej im. Ludwika Waryńskiego 22 lipca 1944 roku w gajówce Puszcza w lasach przysuskich na Kielecczyźnie.
Był to pierwszy tego typu przypadek w polskim podziemiu. Akcja likwidacyjna przeprowadzona przez zgrupowanie AS NSZ „Sosna" miała charakter odwetowy i była wykonana na polecenie zwierzchników z NSZ po konsultacji z AK, którzy wydali wyrok śmierci na członków oddziału GL „Stacha", za wymordowanie w styczniu 1943 roku niewinnych ludzi, w tym wielu z NSZ, w miejscowości Drzewica. Por. „Tom" po wytropieniu oddziału GL winnego zbrodni w Drzewicy rozbroił go i rozstrzelał siedmiu jego członków z dowódcą Stanisławem Wiktorowiczem ps. „Stach".
Oddział AS NSZ „Sosna" pod dowództwem por. „Toma" operował w lasach kielecczyzny od wiosny 1943 do połowy 1944 roku zwalczając głównie komunistyczną partyzantkę.
Historycy tworzący w PRLu z Nazarewiczem, byłym płk. UB, na czele działalności por. „Toma" przypisują około 260 zamordowanych komunistów w tym wielu o pochodzeniu żydowskim. Liczba ta wydaje się mocno przesadzona, zważywszy na fakt, że w omawianym okresie na kielecczyźnie nie było aż tylu czynnych komunistów, co w dużej mierze jest zasługą oddziału AS NSZ „Sosna", który swoimi działaniami uniemożliwiał na rozwinięcie się w terenie komunistycznych oddziałów i ich agentury PPR.

Listy „Toma"
Por. „Tom", będąc kierownikiem AS V Okręgu kielecko-radomskiego NSZ, miał w terenie pełną swobodę działania co zaczął szybko wykorzystywać, realizując własną koncepcję ideową.
Począwszy od jesieni 1943 roku zaczął wysyłać miejscowym władzom niemieckim w Radomiu i Kielcach oferty współpracy wspólnego zwalczania partyzantki komunistycznej i innych „kryminalistów" przy jednoczesnym zawieszeniu broni.
Listy „Toma" przekazywane, przez zaufane osoby, Niemcom były o tyle wiarygodne, że pseudonim „Tom" było znane w terenie i kojarzone przez okupantów z działalnością antykomunistyczną, zostały więc potraktowane poważnie.
Listy „Toma" zbiegły się w czasie z pierwszymi poważniejszymi klęskami wojsk niemieckich, zwłaszcza z klęską stalingradką. Przejście armii niemieckiej do defensywy na froncie wschodnim zmusiło dowództwo SS do neutralizacji polskiego podziemia, którego aktywność coraz bardziej utrudniała Niemcom prowadzenie działań wojennych. Po aresztowaniu komendanta głównego AK płka Stefana Roweckiego starano się go nakłonić do wydania rozkazu zaprzestania walki z Niemcami. Argumentowano, że głównym wrogiem Polaków przestali być już Niemcy a stali się nimi sowieci, zaś Wielka Brytania i Stany Zjednoczone pozostawią nasz kraj własnemu losowi. Rowecki propozycje te stanowczo odrzucił. Nie zrażeni nieugiętą postawą dowódcy AK, Niemcy w dalszym ciągu poszukiwali organizacji gotowych nawiązać z nimi współpracę. W tym właśnie okresie list „Toma" dotarł na biurko oficera SS Haupsturmfuhrera Paula Fuchsa, w Gestapo Kierownika wydziału IV, referatu „a" - zwalczania ruchu oporu w dystrykcie Radomskim.
Urodzony w 1908 roku, Paul Fuchs będąc od roku 1942 odpowiedzialnym za zwalczanie ruchu oporu w Dystrykcie Radomskim, na którego terenie działał oddział AS NSZ „Sosna", gruntownie poznał specyfikę polskiego podziemia i jego podziały na tle stosunku do komunistów. Znał antykomunistyczną działalność „Toma" i postanowił wykorzystać jego ofertę współpracy, godząc się jednocześnie na zawieszenie broni.
Od końca 1943 roku „Tom" współpracując z radomskim gestapo zaczął coraz bardziej ofensywnie rozwijać działalność antykomunistyczną, zwalczając każdy jego przejaw. Informacje o agentach i członkach PPR otrzymywał od Fuchsa, „odwdzięczał" się podobnymi informacjami. W terenie cieszył się pełną swobodą i bezkarnością działania, ponieważ był „nietykalny" przeprowadzane przez niego akcje odznaczały się dużą brawurą i śmiałością, jak porwania ludzi związanych z PPR w centrum Częstochowy czy Radomia, pod okiem gestapo.
Aktywność „Toma" i jego ludzi coraz bardziej zatracała konspiracyjny charakter walki podziemnej będąc jednocześnie oderwana od pierwotnej działalności w NOW a następnie w NSZ-AK, nabierała cech „prywatnej" w pełni samodzielnej i niezależnej działalności. „Tom" dojrzał do utworzenia własnej organizacji antykomunistycznej pod protektoratem SS-haupsturmfuhrera Paula Fuchsa, kierownika gestapo w Radomiu.
Zanim to nastąpiło nad „Tomem" zaczęły się gromadzić czarne chmury.

Kolaboracja?
Z chwilą wejścia Jury w struktury NOW w połowie roku 1943, zgodnie z obowiązującą procedurą „Tom" był „prześwietlany" na okoliczność współpracy z okupantem. Kierownictwo NOW zadanie to zleciło kpt. Mieczysławowi Dukalskiemu ps. „Pomorski", który podobnie jak „Tom" pochodził z Pomorza. Wywiad przeprowadzony przez „Pomorskiego", stwierdził, że „Tom" jest człowiekiem nieszczerym i kategorycznie odrzucił zadanie powierzone mu przez Dukalskiego, tworzenia AS na Pomorzu, chcąc za wszelką cenę działać w Polsce Centralnej. Być może już wówczas Fuchs był protektorem Jury i ten ostatni chciał być blisko niego. Mimo wątpliwości co do Jury wynikłych z wywiadu „Pomorskiego", „Tom" został przydzielony tam gdzie chciał, czyli do Okręgu IB obejmującego m.in. Radom.
Późniejsza, autonomiczna, działalność „Toma" dostarczyła kontrwywiadowi NSZ-AK informacje, które wystarczyły na ostateczne jego rozpracowanie.
Z początkiem wiosny 1944 roku w kierownictwie NSZ-AK zapadł ostatecznie wyrok śmierci na Hubertę Jurę ps „Tom" za współpracę z okupantem czyli za kolaborację. Bezpośrednim zleceniodawcą wyroku był Władysław Pacholczyk ps. „Adam", inspektor V Okręgu któremu podlegał Jura.
Tym czasem „Tom" czuł się na tyle pewnie i bezkarnie, że zbytnio nie krył się ze swoją współpracą z okupantem. Był częstym gościem w radomskim gestapo, skąd otrzymywał listy agentów PPR do likwidacji. Jego niemal jawna współpraca z okupantem była powodem buntu podkomendnych z oddziału AS NSZ „Sosna", którzy 19 maja 1944 roku postanowili rozprawić się ze swoim dowódcą. „Tom" z najwierniejszymi towarzyszami musiał ratować się ucieczką.
Formalnie epizod ten zakończył jego współpracę z NSZ-AK. Od tego czasu „Tom" zaczął w terenie montować siatkę wywiadu i kontrwywiadu w pełni samodzielną, podległą wyłącznie jemu, nastawioną na działalność wybitnie antykomunistyczną. Jura stał się na tyle radykalny, że wystarczył nieszkodliwy czasem donos, żeby posądzić kogoś o współpracę z PPR a w konsekwencji zlikwidować.
„Tom" i jego siatka szpiegów stała się przez to niebezpieczna również dla innych organizacji podziemnych w tym dla AK, która utrzymywała nieraz taktyczne kontakty z komunistami. Inspektor NSZ-AK Pacholczyk zorganizował komórki likwidacyjne, które rozpoczęły polowanie na „Toma".
Cel był jeden, zabić zdrajcę.
Zabić zdrajcę
„Tom" był o tyle trudnym celem, że odkąd uciekł ze swojego oddziału, zerwał wszelkie kontakty z NSZ-AK przechodząc pod całkowitą kuratelę Fuchsa, który dał mu do dyspozycji m.in. samochód wraz z szoferem, będącym jego osobistym ochroniarzem.
Gdy, za pośrednictwem swoich agentów, Jura dowiedział się o wyroku wydanym na niego przez NSZ-AK, nie wyjeżdżał w teren, przebywając głównie w Radomiu, po którego ulicach jeździł swoim samochodem otrzymanym z gestapo. Zawsze towarzyszyła mu ochrona a w pobliżu zwykle byli niemieccy żandarmi. Pacholczyk kilkakrotnie wysyłał w teren komórki likwidacyjne celem wykonania wyroku na Jurze, za każdym razem trafiały one w próżnię, wywiad „Toma" działał zbyt sprawie, przez co był nieuchwytny dla zamachowców. Największym sukcesem na tym polu wykazała się komórka likwidacyjna w skład której wchodził m.in. Ryszard Hartliński „Jeremi". Udało się jej ostrzelać auto Jury, gdy podjeżdżało pod restaurację w Radomiu. W wyniku strzelaniny „Tom" został ranny, jednak szybka reakcja niemieckich żandarmów uniemożliwiła zamachowcom dobicie zdrajcy. Po tym zajściu Jura przebywał w niemieckim szpitalu pod ścisłą ochroną gestapo.

Pod „opieką" NSZ-ONR
W roku 1943 Hubert Jura występując jako Tomasz Zan skontaktował się z tą częścią Narodowych Sił Zbrojnych, które przed inkorporacją tworzyły Narodową Organizację Wojskową, wywodzącą się z przedwojennego Stronnictwa Narodowego (w przeciwieństwie do Związku Jaszczurczego wywodzącego się z Obozu Narodowo-Radykalnego). Gdy w roku 1944 na tle scalenia z AK doszło w NSZ do rozłamu, Jura i jego oddział AS pozostał w strukturach podporządkowanych NSZ-AK (tworzyli je ludzie wywodzący się z NOW i popierający scalenie). Wyroki wydane na Jurę wyszły więc z kręgów NSZ-AK, którym „Tom" był organizacyjnie podporządkowany.
Własną, niezależną drogą poszli z kolei ludzie, którzy wywodzili się ze Związku Jaszczurczego, którzy nie zgodzili się na bezwarunkowe scalenie z AK, mając własną wizję walki o Polskę. Ludzie Ci w większości wywodzący się jeszcze z przedwojennego ONR, utworzyli odrębną organizację zwaną NSZ-ONR, reprezentującą najbardziej skrajny, bezkompromisowy antykomunizm. Ludzie Ci doszli do wniosku, że z chwilą klęski niemieckiej pod Stalingradem, gdy ich armie przeszły na całym froncie wschodnim do defensywy, wycofując się przed wciąż napierającą Armią Czerwoną, III Rzesza utraciła status wroga nr 1, kosztem ZSRR, której armie w zwycięskim pochodzie zaczęły wkraczać na kresy II RP. NSZ-ONR były skłonne zaprzestać akcji ofensywnych przeciw Niemcom, których i tak uważały za przegranych, i skupić się w całości na wrogu realnym, wrogu nr 1 - ZSRR.
Był to potencjał, który osamotniony „Tom" ze statusem „zdrajcy" postanowił wykorzystać i ponownie wejść do gry z Fuchsem. NSZ-ONR miały ponownie wywindować „Toma" , podnosząc jego znaczenie wśród Niemców.
Z początkiem czerwca 1944 roku, Jura po wyjściu ze szpitala niezwłocznie skontaktował się z przedstawicielami NSZ-ONR, przedstawiając się jako kpt. „Jerzy Tom", dysponujący prężną organizacją wywiadowczą. Kierownictwo NSZ-ONR postanowiło skorzystać z usług niespodziewanego sprzymierzeńca, biorąc go jednocześnie pod swoją kuratelę wyznaczając funkcję szefa egzekutywy II Oddziału (wywiadu) Komendy Głównej NSZ-ONR.
„Tom" kolejny raz okazał się być wytrawnym graczem.

„Organizacja Toma"
W jaki sposób człowiek posądzany o zdradę, na którym ciążył wyrok śmierci mógł stać się na tyle użytecznym, że został szefem egzekutywy wywiadu i to w Kierownictwie dużej organizacji podziemnej? Co mógł takiego zaoferować, że stał się samodzielną stroną, niemal równorzędnym partnerem dla NSZ-ONR?
Jura odkąd związał się z podziemiem ściśle realizował własną wizję, własną ideową koncepcję walki o Polskę. Niezależną od wskazań i poleceń zwierzchników. Będąc w NSZ-AK nie był lojalnym, oddanym żołnierzem swoich podwładnym, był lojalny tylko i wyłącznie w stosunku do siebie. Od samego początku konspiracji w AS „Sosna", budował własny, samodzielny zespół, który odpowiadał wyłącznie przed nim. Poczynaniami swoimi, choć niezwykle skutecznymi w walce z komunistami, ściągnął na siebie zarzut zdrady a w konsekwencji wyrok śmierci. Już wówczas dysponował własnym zapleczem, dzięki czemu, nawet gdy macierzysta organizacja skazując go na śmierć, wyrzekła się jego, nadal był pełnoprawną stroną w rozmowach z Niemcami a później z NSZ-ONR. Pod sobą miał bowiem skutecznie działającą organizację o charakterze wywiadowczym obejmującą swym zasięgiem całą Polskę centralną.
Organizacja, korzystając z potężnej protekcji szefa radomskiego gestapo, występowała oficjalnie jako prężnie rozwijająca się firma budowlana z oddziałami w Radomiu, Krakowie przy ul Szewskiej i z centralą w Częstochowie, która mieściła się w willi przy ul. Jasnogórskiej 25. Tam to właśnie na co dzień rezydował „Kierownik firmy" kpt. „Jerzy Tom" ze swoim „sztabem" do którego wchodzili kpt. Maksymilian Rolland, podający się za przedwojennego oficera wywiadu, pełniący funkcję zastępcy dowódcy i eksperta od przesłuchań, por. Edward As i ppor. Karol. Wszyscy świetnie władający językiem niemieckim. Dysponujący okazałym parkiem samochodowym i niemal nieograniczoną ilością różnego rodzaju kuponów i talonów na akcesoria samochodowe (benzyna, smary itd.).
Oddziały terenowe „firmy budowlanej", będące w rzeczywistości ekspozyturami „Organizacji Toma" mieściły w swoich wnętrzach prowizoryczne więzienia przeznaczone dla komunistów, ich obsadę stanowiły specjalne zespoły likwidacyjne uzbrojone m.in. w broń maszynową i granaty, zawsze gotowe wyjść „w pole".

Polowanie na komunistów
Szczególnie złą sławą cieszyła się willa przy ul. Jasnogórskiej 25 w Częstochowie, będąca jednocześnie centralą Organizacji Toma. Oprócz prowizorycznego więzienia, w piwnicach posesji znajdowała się sala tortur, w której Jura ze swoim zastępcą Rollandem, „ekspertem" od przesłuchać, „badali" więźniów. Trafiali tam przeważnie komuniści (łącznicy Armii Ludowej, członkowie i agenci PPR) a także Ak-owcy oskarżeni o sympatie lewicowe. Nieopodal, przy ul. Kilińskiego, znajdowała się siedziba Gestapo z którą willa „Toma" była podobno połączona tajnym przejściem. Podejrzani o lewicowe sympatie ludzie po prostu znikali z ulic, porywani przez ludzi „Toma". Proceder ten nasilił się zwłaszcza w styczniu 1945 roku, gdy ruszyła sowiecka ofensywa. „Tom" chciał zdążyć z likwidacją jak największej ilości komunistów przed wkroczeniem Armii Czerwonej do miasta, co nastąpiło 16 stycznia, wówczas „praca likwidacyjna" szła dzień i noc a ludzie „Toma" krążyli po Częstochowie wyłapując przeciwników politycznych. Nawet ludzie związani z NSZ-ONR i Brygadą Świętokrzyską woleli w tych dniach nie przebywać w mieście, w którym panowało swoiste polowanie na komunistów.

Cyngiel Wawrzkowicza
Jura swoim nowym protektorom z NSZ-ONR przedstawił się jako kpt. „Jerzy Tom" a swoją działalność usprawiedliwił tym, że jest agentem brytyjskim i Rządu Londyńskiego dla których pracuje a jego organizacja jest w rzeczywistości ich ekspozyturą. Czy przedstawiciele NSZ-ONR uwierzyli w rewelacje „Toma"? Jest to dość wątpliwe. W każdym razie podjęli z nim i jego organizacją współpracę potrzebując w obliczu planów ewakuacji Brygady Świętokrzyskiej na zachód, dokładnego wywiadu skierowanego na okupanta.
Otmar Wawrzkowicz ps. „Oleś" czołowa postać tajnego kierownictwa NSZ-ONR był głównym orędownikiem współpracy z Organizacją Toma mając w stosunku do niej również inne plany, bardziej zakulisowe. Wawrzkowicz zamierzał wykorzystać „Toma" i jego lokale na terenie Częstochowy do likwidacji niewygodnych członków NSZ-ONR, którzy byli przeciwni planom przejścia Brygady Świętokrzyskiej na zachód. Byli to przeważnie ludzie, którzy nie wchodzili w skład tajnego kierownictwa, które plany te opracowało, a piastowali w organizacji na tyle wysokie funkcje, że mogli te plany storpedować, na co Wawrzkowicz nie mógł pozwolić w obliczu zbliżającej się ofensywy Armii Czerwonej. „Tom" miał więc stać się narzędziem w rękach Wawrzkowicza, który swoim kolegom z organizacji szykował sądy kapturowe.
Pierwszy padł mjr Wiktor Gostomski „Nałęcz", szef II Oddziału wywiadu Komendy Głównej NSZ-ONR, który został zamordowany 16 września 1944 roku w Krakowskim lokalu „Toma" przy ul. Szewskiej rzekomo przez żandarmów niemieckich, którzy nagle wkroczyli do lokalu konspiracyjnego w którym miało odbyć się umówione z Wawrzkowiczem spotkanie. W rzeczywistości „Nałęcz" jako szef wywiadu, sprzeciwiał się na wszelkie kontakty z Niemcami co utrudniało powodzenie planów ewakuacji Brygady Świętokrzyskiej na zachód. Po Gostomskim to Wawrzkowicz objął szefostwo II Oddziału i miał wolną rękę w kontaktach na płaszczyźnie wywiadowczej z okupantem.
18 października 1944 roku w domu przy ul Bocianiej w Częstochowie zabity został Komendant Główny NSZ-ONR płk Stanisław Nakoniecznikoff „Kmicic", oficjalny powód podany przez organizację to jego współpraca z komunistami, którym chciał podporządkować NSZ-ONR (w rzeczywistości przebywający w ogarniętej powstaniem Warszawie, odizolowany od NSZ, „Kmicic" związał się z Polską Armią Ludową, nie uznającą zwierzchnictwa komunistów). Przypadkowo od kul zamachowców padł również kpt. Włodzimierz Żaba „Żniwiarz", szef sztabu Komendy Okręgu VIII (Częstochowa).
25 listopada przy ul Ogrodowej w Częstochowie zamordowano kpt. Stanisława Żaka „Stacha Częstochowskiego", szefa wywiadu Komendy Okręgu NSZ-AK a 24 grudnia szefa I wydziału organizacyjnego Komendy Głównej NSZ-AK, por. Władysława Pacholczyka „Adama", tego samego, który pół roku wcześniej „polował" na „Toma" chcąc wykonać na nim wyrok śmierci zatwierdzony przez zwierzchników, sam stał się jego ofiarą.
Według relacji Jerzego Iłłakowicza „Zawiszy", członka Rady Politycznej NSZ, zabicie Pacholczyka „Tom" dokonał na własną rękę niejako w akcie samoobrony. Miał dość zamachów organizowanych na niego przez Pacholczyka z których tylko „cudem" wychodził cały, dlatego przy nadarzającej się okazji zabił go, obawiając się o własne życie. Wydział II NSZ-ONR po wysłuchaniu takich wyjaśnień „Toma" uniewinnił. Dodać należy, że Pacholczyk został porwany przez ludzi „Toma" z ulicy w Częstochowie i w okrutny sposób zamordowany w kazamatach przy ul Jasnogórskiej 25. Zemsta „Toma" była straszliwa.
„Tomowi" przypisuje się również zamordowanie mjr. Andrzeja Czajkowskiego „Chwaliboga", Kierownika Akcji Specjalnej w KG NSZ-AK.

Ewakuacja na zachód
Nagła ofensywa Armii Czerwonej 13 stycznia 1945 roku zaskoczyła „Toma" w Radomiu, który razem z Fuchsem pośpiesznie ewakuowali się do Berlina. Ludzie Jury tworzący Organizację Toma byli rozrzuceni na lokalach w Częstochowie, Radomiu i w Krakowie. Większości udało się pozbierać i razem z ponad 100 osobowym oddziałem Akcji Specjalnej Okręgu kieleckiego NSZ pod dowództwem kpt. Telesfora Piechockiego „Gustawa" dołączyć 27 lutego w miejscowości Kubice na Śląsku do wycofującej się na zachód Brygady Świętokrzyskiej.
Sam „Tom" pojawił się w Brygadzie Świętokrzyskiej 20 lutego z propozycją pośredniczenia w kontaktach z Niemcami, którym patronował Fuchs, coraz bardziej wpływowa osobistość w tworzeniu jednolitego Europejskiego frontu antykomunistycznego. Dowództwo Brygady przystało na propozycję „Toma". W konsekwencji do Brygady zostali przydzieleni niemieccy oficerowie łącznikowi, tymczasem „Tom" pod Pragą czeską odtwarzał organizację wywiadowczą. Organizował kursy wywiadowcze i radiooperatorów dla ochotników z Brygady Świętokrzyskiej, którzy następnie w trzech turach w marcu i kwietniu 1945 roku zostali przerzuceni na tyły Armii Czerwonej z zadaniami dywersyjnymi.

Potrójny agent?
Koniec wojny zastał „Toma" jako szefa kolumny motorowej w Brygadzie Świętokrzyskiej, którą wkrótce intensywnie zaczął interesować się wywiad amerykański. Mimo udowodnionej współpracy „Toma" z Niemcami, nie poniósł on żadnych konsekwencji. Jak się okazało Fuchs w 1945 roku zaczął pracować dla organizacji wywiadowczej utworzonej przez Reinharda Gehlena z zadaniem dostarczania Aliantom informacji o ZSRR. Od 1949 roku organizacja ta podlegała CIA. „Tom", będąc człowiekiem Fuchsa, pracował więc pośrednio na rzecz wywiadu amerykańskiego. Doceniając talenty wywiadowcze „Toma" oddział II Korpusu Polskiego we Włoszech wezwał Jurę służbowo w dniu 13 lipca 1945 roku. Na miejscu Jura był przesłuchiwany przez wywiad II Korpusu a także przez wywiad brytyjski. W czasie przesłuchania stwierdzono m.in., że „Tom" mając brata w Królewskich Siłach Powietrznych (RAF), mógł w czasie wojny utrzymywać również kontakt wywiadowczy z brytyjskimi służbami. Przeszedł szczęśliwie przesłuchania z opinią, że nadaje się do celów wywiadowczych.

Na placówkach PCK - akcja wywiadowcza
W dniu 23 lipca Jura powrócił do miejsca postoju Brygady Świętokrzyskiej jako oficer do specjalnych zleceń. 1 sierpnia, razem z dawnymi członkami Organizacji Toma, Jura został zwolniony z Brygady Świętokrzyskiej i wyjechał do Pilzna obejmując kierownictwo placówki Polskiego Czerwonego Krzyża (PCK). Rozrzucone na terenie całej powojennej Europy, placówki PCK były zakonspirowanymi skrzynkami wywiadowczymi. W rzeczywistości w oparciu o odtworzoną organizację wywiadowczą z czasów wojny zorganizował Jura sieć skrzynek szpiegowskich, które dostarczały Brytyjczykom i II Korpusowi Polskiemu wielu cenny informacji o ZSRR. Na własną rękę zorganizował również kanał przerzutowy dla uciekinierów z Polski. Praca wywiadowcza rozwijała się pomyślnie, do czasu gdy kucharka placówki, Czeszka rodem z Wołynia, w rzeczywistości oficer czeskiego wywiadu, przyłapała „Toma" na fałszowaniu dokumentów i pieczęci czeskich
W ostatniej chwili, przed aresztowaniem przez czeską „bezpiekę", udało się „Tomowi" zwinąć całą placówkę i przekroczyć granicę stref.
W kwietniu 1946 roku objął Jura kierownictwo placówki PCK w Norymberdze, wykonując podobne zadania wywiadowcze, jego zwierzchnikiem był kpt. Winc z II Korpusu. Kilka miesięcy później placówka została przeniesiona do Monzy koło Mediolanu we Włoszech. Po odejściu kpt. Winca, „Tom" objął kierownictwo nad całością akcji wywiadowczej w tej części kontynentu.

W Ameryce Południowej
W okresie likwidacji II Korpusu a wraz z nim placówki wywiadowczej pod Mediolanem w roku 1947, Jura nawiązał romans z kobietą z Ameryki Południowej i razem z por. Asem wyemigrowali wspólnie do Argentyny.
Obawiając się sowieckiego wywiadu, Jura wyjechał pod fałszywym nazwiskiem Kalinowski i nim posługiwał się na emigracji.
Wkrótce ściągnął do Argentyny wielu towarzyszy z „Organizacji Toma" jak i kieleckiej Akcji Specjalnej. Później przeniósł się do Wenezueli by ostatecznie w roku 1993 ponownie osiąść w Argentynie. Tam Hubert Jura alias Herbert Jung, Tom, Jerzy Tom, Tomasz Zan, Tomasz Kalinowski, Augustyniak, dożył spokojnej starości. Jego ostatnim protektorem okazał się Jan Kobylański, prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej, wpływowy biznesmen. Jura miał talent do pozyskiwania potężnych opiekunów.
Urząd Bezpieczeństwa już w czerwcu 1945 roku wszczął śledztwo przeciwko niemu, które zostało zakończone dopiero w roku 1972! Śledztwo ustaliło jedynie, że Jura współpracował z NSZ, nic ponadto.
Hubert Jura, as wywiadu, pozostał tajemnicą.
Piasecki ONR Opolszczyzna

Bibliografia podstawowa:
Boguszewski T., Organizacja Toma, [w:] Zeszyty do historii Narodowych Sił Zbrojnych, zeszyt III, Chicago 1964.
Chodakiewicz M.J., Narodowe Siły Zbrojne, Ząb przeciw dwu wrogom, Warszawa 1999.
Dąbrowski-Bohun A., Byłem dowódcą Brygady Świętokrzyskiej, Londyn 1989.
Marcinkowski W., Wspomienia 1934-1945, Warszawa 1998.
Morgan D&T, The Anabisis of the Holy Cross Brigade. Reflected in the Documents of the United States Governent 1945-1950, [w:] Glaukopis nr 5-6/2006.
Nazarewicz R, NSZ a Gestapo w dystrykcie Radomskim. Wspólny cel, Polityka nr 46 z 14.XI.1992.
Siemaszko Z.S., Narodowe Siły Zbrojne, Londyn 1982.
Żebrowski L., Narodowe Siły Zbrojne. Dokumenty, struktury, personalia, t. 3, Warszawa 1996.

Blog Piaseckiego


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Rocznica zabójstwa generała "Nila"

czwartek, 25 lutego 2010 7:58

24.02.2010 minęła kolejna rocznica zabójstwa generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila" bohatera walki o niepodległość, dowódcy "Kedywu" i "Nie". Został on zamordowany po bezprawnym procesie przez komunistów, całkowicie zrehabilitowany w roku 1989. Nikt nie został za tą krwawą zbrodnię ukarany. Jednak dobrym akcentem zeszłego roku jest piękny film "Generał Nil" przybliżający młodym pokoleniom postać tego człowieka. Być może wreszcie nadszedł czas odkrycia zakłamywanej przez lata historii...

Cześć jego pamięci !

www.onr.h2.pl


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ucieczka z Brzegu z bronią w ręku

poniedziałek, 15 lutego 2010 12:34
Mniej więcej taki tytuł nosiła audycja w Radiu Wolna Europa dotycząca wydarzeń, które rozegrały się na początku 1944 roku na terenach dzisiejszego powiatu Brzeskiego.
Będąc mieszkańcem tego powiatu i historykiem ze zdumieniem przecierałem oczy, gdy dowiedziałem się, że bliskie mi miejscowości, wieś Pępice, z której pochodzi moja małżonka i miasteczko Lewin Brzeski, z którego sam pochodzę, były areną brawurowej ucieczki i ważnym epizodem w życiu kpt. Mieczysława Dukalskiego ps. „Zapora", czołowej postaci w Związku Jaszczurczym i Narodowych Siłach Zbrojnych.

Lotnisko i obóz pracy
Niemal bezleśna równina Grodkowska była idealnym miejscem dla zmilitaryzowanej III Rzeszy do budowy kompleksu lotnisk wojskowych, które miały stać się w przyszłości bazą wypadową do nalotów na Polskę. Jedno z takich lotnisk Niemcy wybudowali w okolicach miasta Brieg (Brzeg), w bezludnym terenie pod wsią Pampitz (Pępice).
Początkowo było to lotnisko polowe z którego eskadry bombowców z czarnymi krzyżami bombardowały polskie miasta w czasie kampanii wrześniowej. Po militarnym zwycięstwie nad Polską Niemcy docenili strategiczne położenie lotniska pod Pampitz, postanawiając je rozbudować m.in. o cały kompleks umocnień.
Sukces w kampanii wrześniowej przyniósł III Rzeszy tysiące polskich jeńców wojennych, których część postanowili wykorzystać do niewolniczej pracy przy wciąż rozrastającym się przemyśle zbrojeniowym. Również w rozbudowę lotniska wojskowego pod Pampitz, Niemcy postanowili zaangażować jeńców z kampanii wrześniowej, w ten sposób powstał Obóz pracy „Brieg-Pampitz" utworzony tuż po wojnie z Polską w październiku 1939 roku a istniejący do 23 stycznia 1945 roku, gdy w związku ze zbliżającym się od wschodu frontem Sowieckim, Niemcy opuścili obóz pracy, ewakuując więźniów w kierunku Sudetów.
Przebywający w obozie więźniowie różnych narodowości pracowali głównie przy rozbudowie lotniska wojskowego i kompleksu umocnień.
W okresie istnienia obozu, Niemcy dokonali 5-krotnej wymiany więźniów.
Początkowo, jak była mowa wyżej, więźniami obozu byli polscy jeńcy wojenni z kampanii wrześniowej 1939 roku. W drugiej połowie 1940 roku, po zwycięskich kampaniach Niemców na zachodzie Europy, więźniów polskich zastąpili jeńcy francuscy. Latem 1941 roku, miejsce francuzów zajęli jeńcy sowieccy a w styczniu 1944 roku w obozie umieszczono Żydów.
Wreszcie od 7 sierpnia 1944 roku do 23 stycznia 1945 roku na bazie istniejącego obozu pracy Niemcy utworzyli filię Obozu Koncentracyjnego „Gross-Rosen".
W tym czasie w obozie przebywało około jednego tysiąca więźniów, w tym 600 żołnierzy przeważnie Armii Krajowej przewiezionych z warszawskiego więzienia na Pawiaku. W grupie tej znajdowało się kilkunastu żołnierzy warszawskiej Akcji Specjalnej, bojówki Narodowych Sił Zbrojnych na czele z kpt. Mieczysławem Dukalskim, używającym pseudonimu „Zapora".
W tym miejscu zaczyna się nasza historia.

Znakomity organizator i konspirator
Mieczysław Dukalski choć urodził się w Polsce centralnej, w Radomiu, życie swoje związał z Pomorzem, będąc absolwentem Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej w Gdyni a następnie jednym z jej instruktorów. Będąc przed wojną aktywnym działaczem Obozu Narodowo-Radykalnego w czasie okupacji związał się ze Związkiem Jaszczurczym, będącym wojenną kontynuacją ONR.
W czasie okupacji Dukalski dał się poznać jako znakomity organizator i konspirator.
Od podstaw zorganizował na Pomorzu Związek Jaszczurczy a także Milicje Pomorską, paramilitarny związek konspiracyjny liczący sobie około 1000 ludzi, którego Dukalski był komendantem. Po przekształceniu w roku 1942 ZJ w Narodowe Siły Zbrojne Dukalski został dowódcą zespołu Akcji Specjalnej Inspektoratu Ziem Zachodnich. Doceniony przez zwierzchników, Dukalski ze swoim zespołem został ściągnięty do Warszawy obejmując dowództwo elitarnego Batalionu Osłony Kwatery Głównej NSZ. Zespół wykonywał najbardziej brawurowe i niebezpieczne akcje przeciw okupantowi nie tylko na terenie Warszawy, jego kurierzy działali nawet Berlinie.
Dukalski, używający pseudonimów m.in. „Zapora", „Pomorski", „Jacek", „Plamka", „Marek" stał się wkrótce jednym z najbardziej poszukiwanych konspiratorów w Generalnej Guberni.
Wielomiesięczne poszukiwania zostały zwieńczone sukcesem.
„Zapora" został aresztowany przez gestapo 23 lipca 1944 roku w warszawskim tramwaju. Jak się później okazało, nad jego rozszyfrowaniem pracowała cała sieć konfidentów a jego przewóz do więzienia przy ul. Szucha obstawiały dwa samochody wypełnione gestapowcami.
Przesłuchania Dukalskiego były w rzeczywistości ofertą bliżej nieokreślonej współpracy jaką Niemcy zaproponowali właśnie „Zaporze" wywodzącemu się z NSZ, których bezkompromisowy antykomunizm skłonił okupanta do rozmów z narodowym podziemiem.
Nieprzejednane stanowisko Dukalskiego, konsekwentnie odrzucającego ofertę Niemców, spowodowało, że 7 sierpnia 1944 znalazł się on wraz z towarzyszami w obozie koncentracyjnym „Grosss-Rosen" skąd, po kilkudniowym pobycie, zostali przetransportowani do obozu pracy „Brieg-Pempitz".

W obozie pracy
W obozie, obok więźniów kryminalnych, przeważała grupa około 600 konspiratorów głównie z AK, ale również z Batalionów Chłopskich i NSZ wśród których było 15 oficerów i 30 podoficerów.
Potencjał ten w krótkim czasie został zagospodarowany przez najbardziej przedsiębiorczych więźniów.
Została zawiązana obozowa konspiracja na czele z kpt. Plebanem z AK i kpt. Dukalskim z NSZ jako jego zastępcą. Konspiratorzy zorganizowali się na wzór wojskowy tworząc batalion kadrowy, który z chwilą załamania się frontu i związaną z tym faktem paniką wśród strażników, na co liczyli więźniowie, miał opanować obóz. Kadra oficerska i podoficerska była przewidziana na 4 kompanie a najlepiej obsadzony był pluton szturmowy składający się z samych ludzi z Akcji Specjalnej NSZ.
Życie wewnątrz obozu całkowicie zostało zdominowane przez tajne struktury batalionu dodatnio wpływając na morale więźniów i ostrzegawczo na strażników, przeważnie ślązaków, którzy licząc się z tym potencjałem, w pełni poprawnie odnosili się do jeńców.
Ten stan rzeczy został przerwany z początkiem października 1944, gdy do obozu przybyła grupa ponad 500 więźniów, głównie Rosjan a odjechała grupa polaków. W ten sposób struktury batalionu zostały rozbite a oblicze obozowej konspiracji zostało zmienione.
W tej sytuacji grupa więźniów na czele z kpt. Dukalskim postanowiła na własną rękę uciec z obozu. Na drogę ucieczki wybrano podkop, który miał rozpoczynać się w baraku Duklaskiego a wylot miał być około 40 m od zewnętrznych drutów kolczastych. Prace pełną parą szły dzień i noc.
Ziemię z podkopu wyrzucano bezpośrednio pod barak, który wspierał się na balach, pół metra nad podłożem. Gdy pod barakiem nie było już miejsca, ziemią napełniano więzienne sienniki.
Gdy podkop był już w połowie ukończony przyszła nagła „wsypa".
Przyszłych uciekinierów zadenuncjował współmieszkaniec baraku z którego wychodził podkop, ratując się w ten sposób przed represjami za dokonaną na strażnikach kradzież.
Na szczęście donos trafił do strażnika - ślązaka, który współpracując z konspiratorami, zatuszował cały incydent.
Tym czasem struktura obozu coraz bardziej zmieniała się na niekorzyść konspiratorów.
Do obozu zaczęli przybywać niemieccy więźniowie kryminalni, którzy zastępowali polskich więźniów wywożonych jak najdalej od zbliżającego się frontu .
Grupa skupiona wokół kpt. Dukalskiego i kpt. Plebana, stanowiąca resztki batalionu kadrowego, postanowiła natychmiast działać, zanim sami nie zostaną wywiezieni gdzieś w głąb III Rzeszy.
Okazja nadarzyła się gdy z początkiem grudnia zaczęto tworzyć komanda robotnicze do pracy na zewnątrz obozu.

Komando Lowen
Przy pomocy współpracującego z konspiratorami strażnika-ślązaka, grupie Dukalskiego udało się wejść do zespołu pracującego przy rozładowywaniu zapasów wermachtu na rampie kolejowej na stacji Lowen (Lewin Brzeski), którą "Zapora" w swoich zapiskach nazywa „Loewe". Stamtąd, w konwoju kilku strażników, komando z przeładowanymi na ciężarówki zapasami wojskowymi, było przewożone do magazynów gorzelni bądź browaru 4 km dalej, gdzie towar był pozostawiany a zespól wracał do obozu. Z danych zaczerpniętych z zapisków Dukalskiego, wynika, że magazyny te znajdowały się w okolicach dzisiejszej wsi Borkowice. W ciągu miesiąca pracy w komandzie Dukalski opracował plan ucieczki do którego wciągnął Akowców z kpt. Plebanem.Tajny plan zakładał rozbrojenie strażników po wykonaniu pracy w magazynach gorzelni i odjechanie ciężarówką do granicy z Generalną Gubernią.Okolicznością sprzyjającą planom był fakt, że większość rozładowywanych zapasów stanowił alkohol, którym zespół Dukalskiego konsekwentnie rozpijał strażników do tego stopnia, że Ci ostatni często pozwalali więźniom śpiewać na cały głoś polskie pieśni patriotyczne. Dukalski wspomina o częstych przypadkach śpiewania „Jeszcze Polska nie zginęła" w czasie przejazdu konwoju przez Brieg, w którym to mieście pracowało wielu robotników polskiego pochodzenia.Rozpijanie strażników miało na celu osłabienie ich czujności i wejście w ten sposób z nimi w komitywę, ułatwiającą ucieczkę.Plany Dukalskiego szły w dobrym kierunku. W dniu ucieczki do zespołu „Zapory" mieli być wcieleni wszyscy konspiratorzy, w tym kpt. Pleban i jego podwładni z AK, którzy nie byli w komandzie Lewińskim.Strażnicy obozowi, pilnujący rozdziału ludzi na komanda robotnicze, byli przez Dukalskiego uprzednio przekupieni towarami, jakie jego zespół przemycał z borkowickich magazynów.W sumie grupa przeznaczona do ucieczki składała się z 30 ludzi, którzy tworzyli pluton, w składzie kpt. Pleban, jako dowódca, kpt. Dukalski, zastępca dowódcy i przewodnik por. Ostrzyński, pozostali to szeregowi z czego ponad połowa wywodziła się z NSZ.Wszyscy zgrani, tworzący zespół jeszcze z czasów batalionu kadrowego, co rokowało duże szanse na powodzenie ucieczki.Dzień ucieczki został wyznaczony na dzień 5 stycznia 1945 roku.Tym czasem 4 stycznia po obozie rozeszła się plotka o planowanej ucieczce, która szybko doszła do uszu strażników. Ci z kolei wszczęli alarm. Powracający wieczorem do obozu zespół Dukalskiego zastał na miejscu niecodzienne poruszenie i wzmożoną czujność strażników. W dniu ucieczki tj 5 stycznia, przed wyjściem na roboty, przy zwyczajowym podziale więźniów na komanda, przeczuleni strażnicy nie pozwolili na sformowanie się plutonu przeznaczonego do ucieczki. Nawet przekupieni strażnicy, widząc zamieszanie wśród wtajemniczonych więźniów spowodowane nieugiętą postawą ich dozorców, ze wściekłością rozdzielili zespół Dukalskiego, przydzielając mu 10 nowych, całkowicie nieznanych mu a tym samym niepewnych więźniów. W tym składzie komando wyjechało do magazynów podborkowickiej gorzelni, pozostawiając w obozie kpt. Plebana i jego Akowców.

Ucieczka
Nie zrażony przeciwnościami losu kpt. Dukalski objął dowództwo nad grupą nie rezygnując z planu ucieczki, zwłaszcza, że współpracujący z nim strażnik-ślązak, postanowił „policzyć" się z „Zaporą" po jego powrocie z robót.Tego dnia, zgodnie ze wskazaniami Dukalskiego, strażnicy pilnujący jego zespołu byli szczególnie pojeni alkoholem, co raz dostarczanym im przez więźniów.Pierwotnie plan zakładał rozbrojenie pijanych strażników wewnątrz magazynu, bez dodatkowych świadków. Jednak tego dnia ciężarówka podjechała po zespól Dukalskiego już o 10 rano więc grupa postanowiła zwabić strażników do wozu i tam rozbroić. Plan poszedł gładko, zwabieni do wnętrza ciężarówki, kilkoma butelkami przemyconego koniaku, strażnicy, zaskoczeni, bez słowa oddali broń więźniom. Wszystko odbyło się już w czasie jazdy ciężarówki, pozostało więc zatrzymanie wozu, rozbrojenie szoferów i przejęcie kierownicy. Dukalski zaczął stukać w szoferkę, wołając przy tym, że strażnicy się popili i chcą strzelać na wiwat. To poskutkowało. Szofer z towarzyszącym mu podoficerem wyszli z wozu kierując się do „budy" ciężarówki, raptownie wyskoczyli z niej więźniowie i ich rozbroili.Wyznaczeni spiskowcy, założywszy płaszcze strażników, zasiedli w szoferce razem z Dukalskim, który po cywilnemu miał grać rolę majstra czyli kierownika zespołu.Sprawną akcję przejęcia wozu przyćmiło fatalne dla konspiratorów wydarzenie. W czasie zawracania wozu, który obrał kierunek ku granicy z Generalną Gubernią, wyskoczył z niego jeden ze strażników i skierował się do wsi oddalonej o około 0,5 km. Bez zwłoki Dukalski zarządził wyjazd ku granicy.Specjalnie wyregulowana ciężarówka rozwijała prędkość do 40 km/h, fakt ten jeszcze bardziej przygnębił uciekinierów, tym czasem zbliżało się największe miasto niemieckie na drodze ku granicy - Opole.

Rajd przez Opole
Przy wjeździe do Opola, na moście prowadzącym do centrum, ciężarówka natknęła się na zwyczajową kontrolę żandarmerii polowej, którą na pełnym gazie wyminęła.Dukalski obawiał się bowiem, że strażnik-uciekinier powiadomił już władze o ich wyczynie. Nie znając miasta, udało się konspiratorom wybrać drogę na Częstochowę, którą bez najmniejszych zakłóceń jechali ponad godzinę, mijając po drodze nieliczne wioski a za to duże kompleksy leśne po obu stronach szosy, co wprawiło uciekinierów w dobre humory.Nagle z nad przeciwka dostrzegli powoli jadący wóz żandarmerii, a jednocześnie z tyłu zaczęła doganiać ich ciężarówka.Przeczuleni konspiratorzy uznali, że to zasadzka na nich. Dukalski, wiele się nie zastanawiając, kazał zatrzymać wóz, zwalniać zaczął także wóz żandarmerii z nad przeciwka. To wystarczyło siedzącym z tyłu ciężarówki, którzy zaczęli w panice wyskakiwać z wozu i uciekać w kierunku lasów. To ostatecznie zdemaskowało uciekinierów. Żandarmi również zatrzymali swój wóz i krzycząc zaczęli biec w ich kierunku.Dukalski oddał kilka strzałów, które skutecznie zatrzymały Niemców i z całą grupą uciekinierów pobiegł kilkaset metrów w głąb lasu.

Oddział partyzancki
Będąc doświadczonym konspiratorem, „Zapora", postanowił podzielić grupę na małe, kilkuosobowe, zespoły i w ten sposób przedzierać się do granicy, od której byli oddaleni o około 60 km.W ten sposób wzrosły by szanse na powodzenie całego przedsięwzięcia. Jednak wszyscy chcieli iść w zespole z Dukalskim widząc w nim przywódcę i prawdziwe oparcie. Nie pomogły tłumaczenia i perswazje, więc grupa nie rozdzieliła się. Dukalski zapowiedział jedynie, że od tej pory każdy działa na własną rękę bo on w czasie marszu nie przewiduje najmniejszych przerw na odpoczynek.W ten sposób w czasie forsownego marszu w trudnym, leśnym terenie, od grupy odłączyło się 10 osób. Tym czasem grupa natknęła się na rów przeciwczołgowy po przekroczeniu którego oczom ich ukazała się rzeczka z jednym małym mostkiem. W tej chwili rozległy się strzały a leśny mrok rozświetliły białe rakiety. Grupa znalazła się w potrzasku mając za plecami rów przeciwczołgowy a przed sobą jedyną drogę ucieczki, most obsadzony przez strzelającą obławę. Dukalski postanowił przebijać się i poderwał do ataku wystraszonych uciekinierów, którzy z okrzykiem przebiegli most. Zdezorientowani Niemcy przepuścili strzelających na oślep „partyzantów". Wyczyn ten kosztował życie 8 uciekinierów, pozostali w liczbie już tylko 9 ponownie schronili się w głębi lasu. Do swojej dyspozycji mieli pistolet i cztery karabiny. Dukalski zorganizował grupę na wzór partyzancki.Maszerowali nocą, przechodząc po 20 km. Śpiąc za dnia wyznaczali kolejnych wartowników a w trakcie mrozów wymieniali się płaszczami, których mieli zaledwie kilka. W ten sposób grupa maszerowała przez 7 kolejnych dni, idąc lasami i omijając w absolutnej ciszy osiedla ludzkie. 12 stycznia o świcie jeden z partyzantów o imieniu Franciszek nieumyślnie postrzelił się. Reszta grupy obawiając się, że przypadkowy strzał na powrót ściągnie na nich pogoń i widząc beznadziejny stan Franciszka postanowili, na jego własną prośbę, zostawić go w zamaskowanym miejscu a sami pośpiesznie oddalili się od „spalonego" miejsca. Niestety, już wieczorem odpoczywającą grupę obudziły wystrzały. Zanim podjęli obronę zostali szczelnie okrążeni przez dobrze uzbrojony oddział złożony ze straży leśnej i SA-manów, którymi dowodził oficer w randze majora. W tej sytuacji opór oznaczał samobójstwo, więc wszyscy poddali się i zostali przewiezieni na przesłuchanie do Opola.Był to koniec opolskiej „przygody" mjr. Dukalskiego, przez 7 dni dowodzącym swoistym oddziałem „uciekinierów-partyzantów", którzy błądzili w lasach wokół Ozimka nie przybliżając się w rzeczywistości do upragnionej granicy z Generalnym Gubernatorstwem.Mimo wszystko ucieczka pozostawiła po sobie ogromne wrażenie.Niemcom nie mieściło się w głowie, że na ich własnym terenie ośmielono się w tak licznej grupie organizować ucieczkę, rozbrajając żołnierzy, a później na ich własnym wojskowym samochodzie i w niemieckich mundurach w biały dzień kontynuować drogę. Gdyby nie feralna strzelanina na szosie z żandarmerią, uciekinierom jeszcze tego samego dnia udało by się szczęśliwie dotrzeć za granicę. Jak się bowiem okazało do tego momentu Niemcy nie orientowali się w zaistniałej sytuacji, a wszelkie sygnały, jak ucieczka strażnika, czy przejazd przez kontrolę w Opolu, zostały zignorowane. Nawet napotkanie wozu z żandarmami na szosie pod Ozimkiem było w pełni przypadkowe a „podejrzanie" wolna jazda żandarmów była spowodowane faktem, że odbywali oni kurs prawa jazdy.Dopiero po tym fakcie, przez grupę uciekinierów Dukalskiego, Niemcy musieli włączyć w strefę specjalnego nadzoru bezpośrednie zaplecze frontu a miejscowi obawiali się groźnych dywersantów.

Żywy trup opuszcza obóz
Nieprawdopodobny dla Niemców wyczyn Dukalskiego i jego zespołu stał się na tyle głośny, że dotarł do samego Berlina, który wydał instrukcje o bezzwłocznym wysłaniu na front wschodni całej, skompromitowanej, kadry obozu „Brieg-Pampitz". W stosunku do Dukalskiego wydano wyrok śmierci, na wykonanie którego skazany oczekiwał w obozie koncentracyjnym „Gross-Rosen". Jednak zbliżający się koniec wojny a wraz z nim bałagan i zamęt administracyjny sprawił, że wyrok został odroczony Dukalskiego przewieziono do obozu w Litomierzycach na terenie Czech.Tu jednak dogania go - dokładnie na kilka tygodni przez końcem wojny - berliński rozkaz wykonania wyroku śmierci. Dukalski miał jednak ponownie sporo szczęścia. Polscy lekarze przebywający w Litomierzycach, upozorowali śmierć kapitana. Wykorzystano strach Niemców przed tyfusem oraz fakt, że do baraku chorych oprawcy praktycznie nie wchodzili. Specjalnie zarażony tyfusem Dukalski, został podany do ewidencji jako zmarły i wypuszczony pod numerem innego więźnia, który choroby nie przeżył.Jego ucieczka w końcu ma szczęśliwy koniec.

Orzeł z koroną w Pilźnie
Do samego zakończenia wojny „Zapora" z podobnymi sobie uciekinierami przemierzał Czechy próbując wydostać się na zachód do Polskich Sił Zbrojnych gen. Andersa, jednak amerykanie okupujący strefę, w której przebywał Dukalski nie przepuścili go dalej poza Pilzno, do którego udało mu się dotrzeć, argumentując, że jako obywatel polski podlega Rządowi Warszawskiemu i w niedługim czasie zostanie odesłany do kraju. Jako żołnierz NSZ i znany dowódca Akcji Specjalnej w Warszawie, Dukalski nie miał wątpliwości co może go spotkać ze strony komunistów. I znów uśmiecha się do niego szczęście. Spacerując po Pilźnie natknął się na żołnierza w polskim mundurze, których wielu już spotykał, ponieważ nadal przebywały na tych terenach jednostki Ludowego Wojska Polskiego. Jednak ten żołnierz był inny. Na jego orzełku była korona. Żołnierz ten nosił przedwojenne godło!Jak się okazało był to żołnierz Brygady Świętokrzyskiej NSZ, który, gdy się dowiedział, że Dukalski jest oficerem tej formacji niezwłocznie przewiózł go do miejsca postoju jednostki, gdzie rozpoznany przez dowództwo, natychmiast został wcielony do brygady pełniąc funkcję szefa II oddziału - wywiadu.Dukalski dzielił wszystkie dalsze losy Brygady Świętokrzyskiej i Kompanii Wartowniczych w Niemczech, które, na rozkaz amerykanów, powstały ze zdemobilizowanych żołnierzy jednostki NSZ. Był m.in. Komendantem jednego z podobozów. Gdy Kompanie Wartownicze zostały rozwiązane, Dukalski razem z rodziną wyemigrował do Gujany Francuskiej w Ameryce Południowej. Był tam m.in. kapitanem statku rzecznego i prowadził restaurację polską. W latach 80' małżeństwo Dukalskich wyjechało do Francji, gdzie włączyło się aktywnie w życie polonijnych środowisk kombatanckich.

Niezłomny „Zapora"
Jesienią 1997 roku, rok przed śmiercią, Dukalski dowiedział się o nadaniu jemu i jego małżonce Krzyży Narodowych Czynu Zbrojnego. Pod aktem nadania odznaczenia, znajdował się podpis prezydenta wywodzącego się z formacji komunistycznej.Dukalski oczywiście nie mógł przejść wobec tego faktu obojętnie i na ręce ambasadora RP zaadresował list o treści następującej:
„Oboje z małżonką Aleksandrą dziękujemy za zaszczyt przyznania nam Krzyża Narodowego Czynu Zbrojnego przez Prezydenta RP. Jednak oboje odmawiamy jego przyjęcia.Osoba aktualnego prezydenta Polski Pana Aleksandra Kwaśniewskiego jest jedynym powodem odmowy. Krzyż (...) był ustalonym dla wszystkich żołnierzy walczących o Polskę Niepodległą, demokratyczną i niekomunistyczną, był krzyżem bojowym NSZ. Pan Aleksander Kwaśniewski był ministrem-komunistą w rządzie gen. Jaruzelskiego - tak smutnej pamięci. Jego towarzysze komuniści razem ze swoimi sojusznikami sowieckimi przez długie lata zwalczali Ruch Narodowy. I dziś Pan Kwaśniewski ośmiela się jako Prezydent Polski umęczonej dekorować tym właśnie Krzyżem.Nie zapomnieliśmy o tysiącach kolegów pomordowanych ręką komunistów, ani o Katyniu. Metoda pana Kwaśniewskiego rozdawania bezprzytomnie odznaczeń jest niepoważna i szacunku Jemu nie przysparza.Pozostajemy z należytym szacunkiem - Aleksandra i Mieczysław Dukalscy,"
Mjr Mieczysław Dukalski „Zapora" (przed śmiercią awansowany do stopnia majora) zmarł w roku 1998 w Paryżu. Na miejsce ostatniego spoczynku odprowadzały go niezliczone kombatanckie sztandary.
Kolejny bohater, z podniesionym czołem, szedł na spotkanie z Panem Bogiem.

Piasecki ONR Opolszczyzna

Bibliografia:M. Przybył, Nieugięty - Mieczysław „Zapora" Dukalski, www.mlodarp.net, 2007.M. Zapora, W niemieckim obozie koncentracyjny, Zeszyty do historii Narodowych Sił Zbrojnych, zeszyt IV, Chickago 1969.

www.onr.h2.pl


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Stare zdjęcia

piątek, 12 lutego 2010 8:40
Z cyklu: Bez komentarza..Stare zdjęcia

Przypadkiem trafiliśmy na stare zdjęcia polskich narodowców. Warto je wrzucić gdyż na żadnej innej stronie o tematyce nacjonalistycznej nie trafiliśmy na nie. Sądzimy, iż komentować nie trzeba...poza znanym faktem: salut rzymski nie jest anty-polski!





www.inicjatywa14.net


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

20-01-1944 Wytyczne włączenia NSZ do AK

środa, 20 stycznia 2010 7:57
Dowódca AK dostaje z Londynu od Naczelnego Wodza gen Sosnkowskiego „Wytyczne włączenia NSZ do AK". Były one zdecydowanie bardziej korzystniejsze niż wcześniejsze propozycje złożone przez dowództwo AK. „Wytyczne" pozwalały zachować NSZ znaczny zakres ich samodzielności. 

www.endecja.pl

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

IPN o Adamie Mireckim

piątek, 08 stycznia 2010 8:55

W dziale Biografie (www.endecja.pl) prezentujemy opis postaci Adama Mireckiego, działacza Młodzieży Wszechpolskiej i Stronnictwa Narodowego, oficera NOW i AK, zamordowanego w 1952 r. Jest to fragment artykułu pt. "Saga rodu Mireckich", autorstwa Krzysztofa Kaczmarskiego (IPN Rzeszów), który ukazał się w Biuletynie IPN, nr 8-9 (79-80), sierpień-wrzesień 2007.

Adam Mirecki czytaj: http://www.endecja.pl/biografie/osoba/152


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


niedziela, 22 października 2017

Licznik odwiedzin:  79 746  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

O mnie

Świdnica

Kontakt:

nacjonalista.swidnica@wp.pl

lub

onr@vp.pl

O moim bloogu

"Jestem Polakiem - więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka." Roman Dmowski

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Forum Narodowiec.com.plr __________________ Deklaracja członkowska Narodowych Sił Zborjnych. Należy ją wypełnić własnoręcznie, podpisać i razem z CV wysłać na adres: Związek Żołnierzy NSZ skr. pocztowa nr 1013 20-050 Lublin 8: BANER ANW IN14 AutonomPl Altermedia RSA radicalinfo Nrstreetart __________________

Statystyki

Odwiedziny: 79746
Wpisy
  • liczba: 162
  • komentarze: 396
Galerie
  • liczba zdjęć: 62
  • komentarze: 11
Punkty konkursowe: 967
Bloog istnieje od: 3326 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Pytamy.pl

Gazetki.wp.pl